Ambasador vs Babia Góra. „Ona” i jej nastroje

Ambasador vs Babia Góra. „Ona” i jej nastroje


Tak naprawdę nie wiadomo skąd wzięła się nazwa Babia Góra. Niektórzy upatrują w niej kształtu kobiety, zbójnickiej frajerki skamieniałej w oczekiwaniu na ukochanego, inni zaś nazwę tę wiążą z sabatami czarownic, na których ponoć zjawia się niekiedy i sam władca piekieł… Są również i tacy co porównują kapryśną pogodę na Babiej do zmiennych nastrojów przedstawicielek płci pięknej.

Powiem wam moi drodzy, że to właśnie do tej ostatniej wersji jestem w stanie się najbardziej przychylić, no bo kto jest w stanie w ciągu 2 minut przejść ze stanu „tryskające promienie słońca” do „zarzuć czarny płaszcz i ciskaj piorunami” No kto? To może być tylko „Ona”…

Relacja Marka Grunda, Ambasadora Festiwalu Biegów

Na start zdecydowałem się spontanicznie. Odkupiłem pakiet dosłownie na ostatnią chwilę. Opcja 1/2 MARATON BABIA GÓRA, bo miałem pobiec treningowo. Jak to jednak bywa na zawodach „treningowych”, najlepiej wychodzi mi tempo 4 min/km... Szus po grani w stronę Babiej niczym górska kozica? Taaaak! To by było tyle z treningu...

Szczerze, kompletnie nie znałem tej góry. No dobra, znałem trochę, ale tylko z opowiadań. Bałem się tam jechać. Nie dlatego, że jest kapryśna, trudna i bardzo wymagająca. Bałem się, bo wiedziałem, że „ona” skradnie kawałek mojego serca i będę chciał tam wracać.

Na godzinę przed startem, gdy w trakcie rozgrzewki przyglądałem się swojej wybrance (oj błyszczała!), westchnąłem. Słońce było mocne, cięło po karku. Rozprawiałem sam z sobą czy aby pas z półlitrowym bidonem wystarczy. Chyba tak, postanowione. Powtórzyłem sobie jeszcze raz założenia – atak pod górę, równe tempo na płaskim i odpoczynek na zbiegach.

Wystartowaliśmy o godz. 11, w otwartym słońcu. „Ona” miała chyba dobry humor (to ten moment, kiedy zaskoczysz ją jakimś prezentem). Ruszyliśmy bardzo mocno. Śmignąłem z czołówką. Trzymałem się twardo na podbiegu, który ciągnął się i ciągnął... najpierw lasami, gdzie przeskakiwałem nad wystającymi korzeniami i walczyłem z błotem, a potem bardziej płaskim fragmentem - zrównałem tempo i goniłem jak szalony. Rywale gnali niemiłosiernie i trzeba było zacząć myśleć. Wdrożyłem swoje tempo, realizowałem plan.

Kolejny podbieg. Nacisnąłem przycisk „atak”. Podejście mega strome – doskonale, uwielbiam takie! Wyrzucam nogi do góry, przed siebie, podpierając się rękami na udach, i ciosam w górę.

Dostrzegam czołówkę i strugi potu spływające z głów rywali. Z mojej zresztą też. Co ciekawe, słońce już tu nie zaglądało, to „Ona’ zmieniła już nastrój. Zarzuciła duchotę (to ten moment kiedy ma focha, a ty się dusisz bo... nie wiesz o co chodzi).

Skręt w prawo i bieg po skałach miedzy kosodrzewiną. Doganiałem tu uciekinierów z płaskiego fragmentu. Atakuję. „Ona” znów zmienia nastrój, zaczyna rzucać dymem, mgłą jakąś... (to ten moment, w którym lepiej żebyś się jej teraz dobrze przyglądał).

Rozglądałem się uważnie i biegłem dalej. Widoczność była coraz to słabsza. „Ona” miała nadal focha, więc z widoków nici. Gdy usłyszałem doping, już z samego szczytu, rzuciłem się na ostateczny atak. „Ona” ukazała się w pełnym majestacie. Zatrzymałem się na ułamek sekundy, moje serce zabiło mocniej, a świat zakręcił dookoła…

Mimo że wybranka wciąż miała focha, rzucała dymem i świszczała zawieruchą (to ten moment, w którym najwyższa pora uciekać, bo zaraz polecą talerze), to moje serce znów dało się rozkraść. Na szczycie zostawiłem i swój kawałek...

Ruszyłem szybko, dalej, by od razu zwolnić i otworzyć szeroko oczy. Zbieg okazał się mega wyzwaniem. Dosyć stromo, skały, i to poruszające się skały! Włączyłem opcję „koncentracja na maksa”. Walczyłem ze zbiegiem, patrząc pod nogi nieustannie. Nie interesowało mnie teraz tętno, tempo ani nic innego. Liczyło się tylko to, by dobrze zbiegać i nie nabroić, a to mi się ostatnio za często zdarzało. Bałem się, naprawdę. Wiatr był mocny, widoczność słaba (no bo wiecie, „Ona” miała focha, rzucała dymem i świszczała zawieruchą, a pierwsze talerze już leciały w moja stronę).

W tamtym momencie wyprzedziło mnie kilka osób. Byłem pełen podziwu w jaki sposób pokonywali zbieg. Nie widziałem w nich strachu, biegli na pewniaka. Ja niestety tak nie potrafiłem, zresztą po ostatnich przejściach mam jeszcze spore hamulce.

Nagle pojawia się w miarę płaski fragment. Rzucam się na szybsze tempo i w gonitwę za rywalami.

Kolejny podbieg - na Małą Babią. Uwalniam kolejne pokłady sił i znów gnam pod górę wyprzedzając chłopaków, którzy zrobili to samo ze mną na zbiegu.

Wypracowałem sobie trochę przewagi i przemknąłem przez Mała Babią jak wiatr.

Zbieg znów okazał się wyzwaniem. Co mogłem zrobić, zwolniłem i pokonywałem go ostrożnie, przyglądając się każdemu miejscu, gdzie miałem właśnie postawić nogę. O dziwo nikt mnie już tutaj nie wyprzedził, za to ja minąłem kilka osób z innych dystansów. Oj mizernie wyglądali, mocniej poczuli fochy Babiej. Kiedy zapytałem jednego z kolegów jak się sprawy mają, w odpowiedzi usłyszałem tylko wiązankę... „!@#$%^&**()”. Życzyłem chłopakom powodzenia, przybiłem piątki i mknąłem dalej.

Zbieg zrobił się wąski. Trzeba było przeskakiwać nad obalonymi drzewami. Potem zakręt na Markowe Szczawiny - to chyba najszybszy fragment tej trasy, niesamowicie przyjemny. Wyprzedziłem tutaj jeszcze chyba dwie osoby. Po drodze minąłem kilka małych strumyków, z których chętnie korzystałem - mój bidon był już prawie pusty. „Ona” chciała wyciągnąć ze mnie więcej sił, niż sądziłem.

Widziałem już schronisko i kilku kibiców, przywitali mnie takimi oklaskami, że aż z wrażenia na kilka sekund pomyliłem trasę. Na szczęście czujni wolontariusze szybko pokierowali mnie w drugą stronę.

Zbieg od schroniska znów był niebezpieczny. W głowie zapaliła się lampka i nogi zwolniły, asekuracyjnie nawet schodziłem, nie zbiegałem. Gdy zbieg zrobił się łatwiejszy, przyspieszyłem. „Ona” ciskała już wszystkim co miała pod ręką. Ale mnie to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Obudził się mój duch fightera, to właśnie tutaj krzyknąłem pierwszy raz.

Zbieg się skończył, przekroczyłem mostek i wbiegłem na ulice. Wpadłem na pętlę honorową, z okrzykiem wyprzedzając jeszcze 3 osoby. Stromym spadem dobiegłem do mety. Jest i „Ona” - już chciała zabrać mi wszystko, gdy dopiero ja oddałem jej ledwo kawałek swojego serca.

To będzie trudny związek.

Marek Grund, Ambasador Festiwalu Biegów

Miejsce 19/224, M20 – 13
Czas: 2:50:07

fot. Robert Zadel


Polecamy również:


Podziel się: