Bieg, rower i kajak. Triathlon Nadwiślański ambasadora


Imprezy biegowe to dość łatwy temat, najprostsza forma aktywności, zakładasz buty, biegniesz od startu do mety. Co zrobić gdy chcesz wystartować w triathlonie, a nie masz wyścigowego roweru i do tego pływanie ograniczasz do wanny?

Okazało się, że nad stołeczną Wisłą organizowana była w zeszły piątek pierwsza edycja Triathlonu Nadwiślańskiego. Od razu postanowiłem wystartować.

Jakie zasady? Można było startować indywidualnie, parami lub rodziną (2 dorosłych + dziecko). Każdy musiał pokonać 2,5 km biegiem (ścieżką leśną po prawej stronie Wisły), 11 km rowerem (ścieżką i wałem) i 15 km kajakiem (spływając Wisłą). Brzmi fantastycznie! Musiałem w tym wystartować.

Chciałem pobiec na ok. 4 min/km, a potem rekreacja na rowerze turystycznym, do tego na kajaku planowałem nawet zahaczyć o jedną z łach na środku Wisły, by zrobić jakieś fajne foto.

Start i meta przy Beach Bar Aquatica, wszystko przy otwartym ruchu, najpierw bieg, ustawiłem się w połowie kilkudziesięcioosobowej stawki, ale jakoś szybko, bo po kilkudziesięciu metrach od startu moje 4:30 km/h pokazało, że właściwie byłem w czołówce, dobiłem do zakładanego tempa i jak się okazało przybiegłem pierwszy, niestety organizatorzy nie podawali międzyczasów, w galerii też jakoś mało zdjęć, mam tylko fotkę z mety, trudno, życie.

Czas na rower. Rower trekkingowy i do tego bez kasku na zawodach? Przecież miała być rekreacja! Oświadczenie na to podpisałem. No i była, po kilkuset metrach zobaczyłem tylko jak z prędkością, którą teraz porównałbym do prędkości światła wyprzedził mnie gość na szosie. Takie życie. Jechałem swoim tempem, przy okazji raz pomyliłem trasę, bo z rozpędu wjechałem na Most Siekierkowski (wszystko przez brak oznaczeń), ale mimo wszystko szczęśliwie dojechałem na Plażę Romantyczną.

Teraz kajak. Były to turystyczne kajaki, jednoosobowe, co oznaczało, że pierwszy raz wsiadałem do tzw. jedynki. Zresztą ostatni raz pływałem kajakiem jakiś rok temu i pływanie to bardzo optymistyczne określenie, raczej to był spływ z nurtem rzeki, o wiele płytszej i łagodniejszej niż Wisła. Po ponad kilometrze walki z kajakiem, poznawaniem obu brzegów i próbą opanowania go, udało się złapać równowagę. Była też jedna sytuacja bardzo blisko wywrotki i kąpieli w rzece, ale jakoś udało się przetrwać.

W każdym razie gdy już zacząłem sobie dawać radę zostałem kolejny raz wyprzedzony.

Widoki na Warszawę z perspektywy rzeki to najpiękniejsza część tej imprezy, dopiero wtedy można zobaczyć jak zielonym miastem jest nasza stolica!

Złapałem rytm, utrzymywałem tempo, nawet trochę dogoniłem tego co mnie wyprzedził, ale stała się najbardziej niespodziewana rzecz, przed mostem Łazienkowskim wpłynąłem na... mieliznę. Tak! Są takie płytkie odcinki na Wiśle.

Kilka minut straty na próbę wypłynięcia i już wiedziałem, że jeśli chcę zostać na podium to ominie mnie zdobycie jednej z łach przy mostach. Wiosłowałem cały czas, w życiu nie wiosłowałem przez prawie półtorej godziny bez przerwy, dzięki temu odkryłem zupełnie nowe, nieznane dotychczas mieście w plecach (które teraz bolą).

W każdym razie kiedyś jeszcze wrócę na tą trasę, ale już czysto rekreacyjnie, tymczasem świętuję zdobycie podium w pierwszej edycji tej imprezy!

Super fajny pomysł na wydarzenie, ale organizacyjnie jak wspominałem wcześniej parę rzeczy jeszcze do poprawy, bo na trasie poza punktami zmian nie widziałem nikogo z organizatorów, a czasem naprawdę by się przydali.

Michał Sułkowski, Ambasador Festiwalu Biegów

fot. Triathlon Nadwiślański


Polecamy również:


Podziel się: