"Czesząc chaszcze, grzebiąc w krzakach" Nasze GEZnO w Krynicy-Zdroju [ZDJĘCIA]


Krynica, 11 listopada, 7:58. Organizator wynosi na plac przed ośrodkiem „u Leśników” kilka koszyczków i rozstawia je na trawniku pośród tłumu około 350 zawodników. Ich zawartość to mapy dla poszczególnych kategorii. Wraz z Jarkiem ambitnie zapisaliśmy się do VMM1, czyli „młodszych dziadów”, jak sami się nazwaliśmy. Obaj mamy trochę doświadczenia w biegach górskich, lecz jesteśmy orientacyjnymi nowicjuszami. Większość uczestników Górskich Ekstremalnych Zawodów na Orientację to starzy wyjadacze.

Rozgrywana po raz 16. impreza odbywa się co roku w innym miejscu i zyskała sobie kultowy status wśród orientalistów. Tradycyjnie ma ona dwudniową formułę. W sobotę biega się scorelauf, czyli wyścig z dowolną kolejnością zaliczania punktów kontrolnych, a w niedzielę kolejność jest wyznaczona. Od jakiegoś czasu GEZnO biega się w drużynach dwuosobowych, a w kategorii rekreacyjnej dozwolone są także większe zespoły.

Ty pójdziesz górą...

Na sygnał bierzemy mapy i szybko postanawiamy lecieć przeciwnie do wskazówek zegara, zaczynając od wywalonego na pd-zach. punktu 32. Tu warto dodać, że każda z ośmiu kategorii ma inną trasę. Nasza VMM1 jest chyba najmniej licznie obsadzona – tylko 7 par, lecz za to bardzo mocnych i doświadczonych – oprócz nas, znaczy się. Najpierw jednak gromadnie lecimy na południe główną drogą na Muszynę, czując się jak na festiwalowej Życiowej Dziesiątce. Po porannym deszczu nie ma śladu. Wychodzi słońce, które będzie nam towarzyszyć cały dzień.

Nie jesteśmy jedyni, którzy odbijają w prawo w wiejską drogę przy drugiej stacji benzynowej. Kilometr dalej pod linią energetyczną wbijamy się w jar, w którego rozwidleniu wg opisu ma być punkt. Część grupki drze górą. Mi już wszystko jedno, bo nowe buty i tak przed chwilą ochrzciłem w błotnej kałuży. Lampion siedzi zgodnie z opisem. Podbijamy karty perforatorem i wracamy górą, bo tak szybciej. Jak to śpiewają w Szkocji, you'll take the high road and I'll take the low road...

Żółtodzioby dwa

Towarzystwo się rozrzedza. Nie wiemy, czy jeszcze ktoś leci stąd na PK53 po przeciwnej stronie głównej drogi. Jarek zdecydowanie odrzuca mój pomysł przejścia w bród Kryniczanki, więc grzecznie wracamy naokoło przez stację benzynową. Wiejska droga, stromy dukt zrywkowy, coraz mniej wyraźna ścieżka i wreszcie bezdroża doprowadzają nas do następnego lampiona na dnie jaru. Tu już zostajemy zupełnie sami.

Dotąd nawigacja była prosta, nawet dla takich żółtodziobów jak my. Chociaż sobie nieźle radzę z mapą i kompasem w nieznanym terenie, to mam za sobą tylko po jednym leśnym i miejskim BnO u siebie w Łodzi. Jarek m.in. ma za sobą dwukrotnie setkę B7D, a niedawno ukończył morderczy 300-kilometrowy PTL w Alpach – z jednym z jego partnerów z tamtej imprezy, jego imiennikiem Jarkiem Haczykiem, niedawno rozmawialiśmy – ale w orientacyjnej zabawie jest zupełnie zielony. Jego zaletą jest natomiast dobra znajomość szlaków i ścieżek wokół Krynicy, ponieważ ze względów rodzinnych często tu bywa. Teraz naszym jedynym celem na obydwa dni jest dotarcie do mety w 8-godzinnym limicie, podbijając po drodze wszystkie punkty. Dziś mamy ich jedenaście.

Przelot całej trasy po krótkiej dyskusji mamy ustalony. Po chaszczowaniu przez jeżyny, na grzbiecie na krótko łapiemy znany Jarkowi niebieski szlak, ale zaraz go opuszczamy spadając na pn-wsch. narciarskimi stokami. Za parkingiem prosto pod górę na azymut łapiemy PK49. Jakiś inny zespół równocześnie nabiega z zachodu i razem spadamy na drugą stronę grzbietu do Tylicza. Droga, ścieżka pod górę, trzeci już dziś jar i mamy PK55.

Dół, pozycja strzelecka

Może nie najprostszym, ale skutecznym wariantem osiagamy grzbiet z czarnym szlakiem prowadzącym na zachód na Huzary. PK45, obrazowo opisany jako „dół, pozycja strzelecka”, rzeczywiście namierzamy w pozostałościach okopów po dłuższej rozkminie i czesaniu terenu. Z pobliskiej strzelnicy gdzieś z dołu słychać strzały, co tylko dodaje klimatu. Spotykamy tam znaną mi z górskich biegów Anię, która mnie namówiła na GEZnO. Dziś napiera wraz z Magdą – żoną Bartka Karabina, dwukrotnego zwycięzcy BUT305. W końcowej klasyfikacji zajmą 2. miejsce w kat. KK.

Udaje mi się namówić Jarka na wariant na szagę do PK48. Szybko spadamy na południe do szosy i rypiemy stromo na azymut na kolejny grzbiet. Przy lampionie jak spod ziemi wyrastają napieracze, zjawiający się równocześnie ze wszystkich stron świata. Mamy ponad połowę punktów, to już regulaminowo można na piwo i na metę! – śmiejemy się. Na skuśkę na azymut w dół, łapiemy orientacyjny potok, przekraczamy leśną drogę i namierzamy rozwidlenie strumieni. Do głęboko skitranego PK50 prowadzi dupozjazd ścianą jaru rodem z myślenickiego Runmageddonu.

Cywil, przeszkoda!

Wracamy na drogę i lecimy na zachód w kierunku Krynicy. Po niecałych 2 km spadamy między działkami w kierunku potoku, gdzie „na górce” ma być PK43. Niedowiarek Jarek nie wierzy w górkę pośrodku strumienia, a ja już ją widzę oczyma duszy.

Dobiegamy do ogrodzenia z siatki. Nie ogradza niczyjej działki, tylko po prostu oddziela nasz potok od reszty świata. Z jego drugiej strony pojawia się inny zespół. Pytają, jak to przejść. Mamy ten sam problem – odpowiadam. Bez zastanowienia przeskakuję płot, rozdzierając gacie na tyłku. Pozostała trójka po chwili zastanowienia idzie w moje ślady. Jarek później stwierdzi, że jestem jak pies Cywil ze starego serialu.

Szybko łapiemy oczywistą górkę w rozwidleniu potoków, ale punktu nie ma. Rozdzielamy się – Jarek w lewo, ja w prawo. Po chwili woła, że ma lampiona. Jest na następnym rozwidleniu, które z mapy raczej nie wynikało. Ale rzeczywiście na górce...

Teraz czas na Jarka i jego znajomość terenu. Przed nami Góra Parkowa, po której często biega. Na zmianę drogami i chaszczami, przez szczyt trafiamy na położony po jej północnej stronie niezbyt oczywisty PK40. Krótki przelot przez miasto, ulicą pod górę na północ, ścieżką przez las. Drąc przez jeżyny i krzory, wariantem na azymut godnym mistrzów orientacji wpadamy prosto na PK36, ukryty w rozwidleniu jarów.

Śladami Małysza?

Po własnych śladach wracamy do Panoramy, skąd Jarek zna skrót schodami i ścieżką do centrum Krynicy, prawie pod sam stok narciarski na Krzyżowej. Nim w górę aż do niebieskiego szlaku z Runku, którym finiszuje festiwalowy B7D. Tam spotykamy znajomych Tomka i Adama, biegnących w kategorii MMX.

Nasz ostatni, jedenasty PK34 zupełnie się nie zgadza z opisem. Nie mamy pojęcia, skąd organizatorzy wymyślili tekst „mulda, ślady skoczni narciarskiej”. Namierzamy go grupowo z kilkoma innymi zespołami, w tym następnymi znajomymi Marzką, Arturem i ich psem. Jutrzejszy etap pobiegną w czwórkę, z jeszcze jednym psiakiem.

Ścieżką, ulicą, a na koniec 2 km główną drogą wracamy do bazy. Jarkowi chyba się włącza tryb ścigacza. Ale i tak zajmujemy zaszczytne przedostatnie miejsce w naszej kategorii, z czasem 5:30:30 i prawie godzinną stratą do piątej pozycji. To było do przewidzenia, że z takim towarzystwem nie mamy co konkurować. Ale i tak jesteśmy zadowoleni z wypełnienia planu. Zero wtop nawigacyjnych, wszystkie punkty zaliczone z dużym zapasem czasu. Elektroniki nie używaliśmy, ale wg moich późniejszych wyliczeń wyszło ze 29 km i coś koło 1500 m+.

Prawdziwa cnota...

12 listopada, 7:00. Najszybsi z poszczególnych kategorii startują według wczorajszych czasów, a cała reszta grupowo o 7:30. Wbrew przewidywaniom nie rzucili nas w stronę Jaworzyny, tylko znów na południowy wschód. Już nie jest tak ładnie jak wczoraj. Jak śpiewa Mezo, siąpi, ziąb i... Ale za to dziś mamy do podbicia tylko sześć punktów.

No i znowu główną drogą na południe, ale skręcamy z niej dużo wcześniej, i tym razem w lewo. Wiejska droga przechodzi w dukt, nasz pierwszy punkt nr 65 zgodnie z opisem na jego przecięciu ze strumykiem. Na kolejny PK54 wybieramy może trochę za długi, ale łatwy nawigacyjnie wariant znanym nam częściowo z wczoraj niebieskim szlakiem. Wkrótce zostajemy na nim sami.

Za szczytem odbijamy ścieżką na południe i rozglądając się na boki łapiemy lekko schowany PK54. Chwilę wcześniej chyba mi się udało przekonać Jarka do przekroczenia Muszynki w bród. Trafił do niego argument o zaoszczędzeniu 3 km. Spadamy zrywkowymi drogami stromo na południe wprost w dolinę. Prawdziwy orientalista rzeki się nie boi – zachęcam partnera – tak jak cnota krytyki! Na Łemko mieliśmy kilkanaście takich potoków w pierwszą noc i było dużo zimniej!

Na przemytniczym szlaku

Woda do pół łydki przyjemnie chłodzi. Po kilkunastu krokach jesteśmy po drugiej stronie. Wbijamy się dokładnie w rozwidlenie na Wojkową. Jak opowiada Jarek, to wieś o wielowiekowych tradycjach przemytniczych, gdzie nawet Niemcy w czasie ostatniej wojny zostali przekupieni i spici w trupa, by nie przeszkadzali w działalności gospodarczej. Po chwili odbijamy w prawo w leśną dróżkę, by ukosem w górę przedostać się na PK67. Wynosi nas trochę za daleko na południe i musimy kawałek zawrócić, by na rozległej trawiastej przełęczy znaleźć drzewo z wiszącym lampionem. Pół roboty za nami.

Do następnego punktu czeka nas długi i skomplikowany nawigacyjnie przelot. Zaczyna się jednak łatwo – błotnistą, a w dole kamienistą łąką w dół linii energetycznej. Na zbiegu Jarek zalicza niegroźną glebę. Podnosi się za szybko, bym zdążył wyjąć aparat z kieszeni. Na przeciwny stok doliny wydaje nam się rozsądnie podejść dalej mniej więcej wzdłuż słupów. Ilość błota przywodzi na myśl pewien inny bieg, który raz miałem przyjemność ukończyć.

BŁOTnO

Buty głośno ciumkają w błotku, a czasem nawet chcą w nim zostać. Kiedy się tak ześlizgujemy trzy kroki w dół po każdych dwóch w górę, w głowie układam sobie alternatywne nazwy dla naszej imprezy. Beskidzko-Łemkowska Ostra Trasa na Orientację chyba najlepiej pasuje. Przynajmniej brzmi ładniej, niż Górska Ultra Wyrypa. Też na orientację...

Nasz wariant jest taki kompromisowy. Można było bardziej na wprost, ale z drugiej strony niektórzy podobno w ogóle omijali ten grzbiet drogami, dokładając sobie z półtora kilometra. Trzymając się poziomicy znajdujemy ścieżkę po jego zachodniej stronie. Trochę z jej pomocą, a dalej na szagę spadamy w dolinę i biegniemy kilometr gruntową drogą na południe. Przynajmniej deszcz przestał padać.

Po skręcie w stromy zrywkowy dukt doganiają nas Maciek Więcek i Paweł Moszkowicz we własnych osobach – zespół z 2. miejsca w najmocniejszej kategorii MM. Na szczycie podejścia znikają bez śladu w gęstym lesie. Na tym właśnie polega różnica między zawodowcami, a żółtodziobami. Nawet nie chodzi o samą szybkość. Oni już wcześniej mieli dokładnie zaplanowane co do metra, gdzie pocisnąć. Nam chwilę zajęło ustawienie azymutu.

PK66 jest na brzegu stawu. Z informacyjnej tablicy dowiadujemy się, że to rezerwat Czarna Młaka. Biało-czarnym szlakiem, a później łąkami spadamy z niego na północ do Powroźnika. Kawałek główną szosą i wchodzimy na doskonale znany Jarkowi niebieski szlak – ten sam, którym podążaliśmy wcześniej. W zaplanowanym miejscu odbicie na północ, chwila czesania terenu wraz z dwoma innymi napotkanymi zespołami i mamy PK63 w jarze przy leśnej drodze. Byśmy lepiej pomyśleli, to by poszło kilka minut szybciej. Zmylił nas duży jar, a punkt jest w mniejszym, który się z nim łączy.

Góra, której nie ma

Ścieżkami spadamy stromo w dolinę z drogą i domostwami. Zza płotu obszczekują nas psy. Po drodze do mety czeka nas ostatni PK37 na szczycie góry. Nie prowadzą na nią żadne szlaki ani ścieżki, wydaje się ona być poza wszelkim zainteresowaniem ruchu turystycznego. Może jest tam jakaś tajna baza albo lądowisko UFO? Dopiero później z innej mapy dowiemy się, że w ogóle ma nazwę. Szczob, cokolwiek by to nie znaczyło. 647 metrów n.p.m.

Azymut wprost na północ. Niby-ścieżka od razu zanika, stromo, chaszcze, krzory. Łąka i znowu las z jeżynowiskiem. Całe szczęście mam grube gacie. Lampion wisi na drzewie dokładnie w najwyższym punkcie wypłaszczonego wierzchołka.

Zbiegamy stromym lasem na pn-zach. i przekraczamy stokówkę, spadając na łąki. Stąd już w lewo do torów i kawałek wzdłuż nich. Jak usłyszysz gwizd, to skacz w bok! – śmieję się do Jarka. Po chwili przez pastwisko wracamy na główną drogę. W towarzystwie kilku zespołów z innych kategorii dobiegamy do mety.

Czas tym razem 4:14:47, wg późniejszych wyliczeń zrobione ok. 21 km i 1200 m+. Następna godzina straty do piątego miejsca, a zespół zamykający stawkę nie wystartował do drugiego etapu. Łącznie 9:45:17 na około 50 km w 2 dni. Plan jednak znów zrealizowany. Pół żartem stwierdzamy, że następnym razem trzeba wystartować w innej, liczniej obsadzonej kategorii. Choć czołówka tam też jest silna, to może nawet byśmy zajęli miejsce w górnej ćwiartce.

Zaliczyliśmy niezłą przygodę i dużo się nauczyliśmy. Jarek jest mocniejszy na dłuższych odcinkach biegowych, ja szybciej zbiegam, a bardzo strome podejścia robimy podobnym tempem – ale na tym polega współpraca, żeby się nawzajem ciągnąć. Nawigowaliśmy wspólnie, wykluczając w ten sposób wiele błędów. Poza nieuniknionymi drobnymi pomyłkami, żadna grubsza wtopa nam się nie przydarzyła. Prawdopodobnie każdy z nas samemu miałby gorszy wynik.


Polecamy również:


Podziel się: