Na podziemną sztafetę do Bochni… lawetą. „Cała ta siła”


Prawdziwa „PASJA” cierpliwa jest, łaskawa jest […] wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Ale jak silna musi być, by przetrwać wszystkie porażki. Jak piękna, kiedy dźwiga wszystkie sukcesy. Przekonali się o tym Mafiozi z Lublińca - to było ich 5 minut.

12h Podziemny Bieg Sztafetowy w Bochni drużyny Mafiozów Czterech by Mafia Team Lubliniec podsumowuje Marek Grund, Ambasador Festiwalu Biegów

To była najprawdziwsza przygoda. Wyjechaliśmy busem wspólnie w 2 ekipy, już w piątek, uwzględniając spory zapas czasowy aby spokojnie zjeść po drodze obiad. W busie czas leciał szybko i sympatycznie, jak to w takiej ekipie bywa.

Po drodze, ze względu na przyswajane „izotoniki” konieczna była przerwa na siku, najpierw jedna potem druga, na 15 km przed miejscem docelowym, no i - chciałbym tu zakończyć, ale taniec dopiero się zaczyna - następuje lekki szok, kiedy auto nie chce odpalić. Nie ma, koniec. Bus umarł w butach, czy tam w oponach jak kto woli.

Po ustaleniu potencjalnych scenariuszy awarii, kilku próbach reanimacji auta, którym towarzyszył bezgraniczny strach w oczach, sytuacja kończy się wezwaniem lawety. Tak, jedziemy na zawody lawetą – tego jeszcze nie grali! Auto zostaje ostatecznie zreperowane w Bochni, więc mamy gwarancje powrotu do domu.

Zjechaliśmy na poziom 212m pod ziemią. Zajęliśmy prycze. Zjedliśmy kolacje, odebraliśmy pakiety. Było już późno, więc nie było się co oszukiwać, tylko wskakiwać do łóżka. Przed nami trzecia próba wbicia się do pierwszej piątki, tej upragnionej, wyśnionej, dającej gwarancje startu w przyszłym roku, dającą ten spokój, że nie trzeba brać udziału w losowaniu. Wiedzieliśmy, że będzie nas to wiele kosztować, ale byliśmy przygotowani. Wszystkie treningi, cała ta siła….

Noc minęła wyjątkowo spokojnie, gdybym miał porównywać z tą z zeszłego roku. Rano wstaliśmy dość wcześnie, zjedliśmy mocne śniadanie. Ustaliliśmy ostatnie szczegóły zmian w sztafecie. Około godziny 9:20, jak co roku, kapitanowie drużyn ruszyli na odprawę i na honorowy start. O 10:00, na sygnał syreny, który rozległ się w całym podziemnym korytarzu, na pętlę o długości 2420 metrów ruszyło 65 wariatów. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy zjeżdżają 212m pod ziemie, żeby biegać przez pół doby?

Pozostali uczestnicy sztafet mogli zająć już miejsce w strefie zmian. Jako kapitan drużyny zaczynałem. Startowałem z 1 strefy co oznaczało, że do podstawowego okrążenia muszę dobiec jeszcze 350 metrów z strefy startowej, które zostało doliczone do wyniku.

Zaczęliśmy z wysokiego „C” i trzymaliśmy wysokie tempo. Ba, niektórzy z nas nawet przyśpieszali - prawda Krzysiu?

Po kilku okrążeniach wykrystalizowała się pierwsza piątka zmagań. Nie dawali żadnych szans na wyprzedzenie, systematycznie budując przewagę. Czasami jak przebiegałem obok chłopaków z drużyny Hummel TEAM - późniejsi zwycięzcy - to słyszałem dosłownie tylko świst.

Obserwowaliśmy cały czas co się dzieje na trasie ale trzymaliśmy się swojego tempa, nie wprowadzaliśmy żadnych zmian do taktyki. Kiedy każdy z nas zrobił po 9 pętli. Był też czas na przerwę i ciepły posiłek. Podzieliśmy się na 2 pary - ja i Marek oraz Krzysiu i Artur. Każda miała zrobić 6 pętli - 3 razy po 1 pętli na głowę - wtedy druga para mogła zejść na dół do bazy biegu, mając około godzinę na regeneracje. Zostałem z Markiem jako pierwszy.

Wiedziałem ze muszę minimalnie zwolnić, żeby jakoś przetrwać teraz te 3 pętle z krótkimi przerwami. Zwolniłem kilkanaście sekund na pętlę, utrzymując stałe tempo. Czas płynął niesamowicie szybko. Ani się obróciłem, byłem już po trzeciej pętli. Nie zawahałem się ani przez chwilę i po wykonanym zadaniu zszedłem na dół, na swoją wypracowaną godzinną przerwę. Krzysiu na górze czekał już, by za chwilę zmienić Marka.

Zjadłem ciepły posiłek, wypiłem elektrolity. Przebrałem się w suche ciuchy - te pierwsze już można było wykręcać. Zlustrowałem aktualne wyniki, te po 6 godzinach biegu. Rzuciłem szybkim cytatem do relacji online dla FestiwalBiegowy.pl (Mirek Bortel – świetna robota!). Chwilę później ruszyłem w górę, powracając na trasę.

Pierwsza pętla po przerwie była bolesna, ale liczyłem się z tym. Potem znów było coraz lepiej. Aż do momentu, w którym zaliczyłem zjazd. Odcięcie prądu, zgon. Pomogły elektrolity.

Na około 3,5 przed końcem zmagań postanowiłem się przenieść do kaplicy, przez którą przebiegała pętla. Tam odpoczywałem, dopingując swoich towarzyszy broni. Gdy w głowie rozgrywała się psychiczna bitwa z słabościami, zauważyłem chłopaków z drużyny która aktualnie zajmowała 3 miejsce. Podszedłem do nich, wymieniliśmy kilka zdań. Bieging Team Zelów - pozdrawiam was serdecznie, rzadko kiedy spotyka się tak sympatycznych rywali.

„Cała ta siła”

Czyli ten moment, w którym fizycznie jest już mega ciężko, ale wiesz, że musisz dalej walczyć. Gdy do gry wchodzi „charakter biegacza”, ten twardy, ten szlifowany od kilkunastu lat, to ten poje…chany koleś, który krzyczy tak głośno, że pękają ściany, to ten koleś którego jedni nienawidzą, a jedni uwielbiają za to że daje im swoją siłę…

Mimo, że czułem się mega zmęczony, to ostatnie okrążenia pokonywałem z ogromną przyjemnością i radością. Już widziałem, jak zakończy się ta rywalizacja. Nie było szans, aby ktoś nam wytargał to nasze miejsce, wystarczyło tylko wytrzymać w tempie.

Ostatnia, 19. pętla. Rzuciłem tutaj całą swoją siłę. To było moje kilka minut, to był mój moment.. Ja już wygrałem!

Zszedłem na dół. Na górze został jeszcze Krzysiu i Marek. Mieli zrobić jeszcze niecałe 3 pętle - zrobili 3 pełne i jeszcze parę metrów!

Wziąłem prysznic i zjadłem kolację. W międzyczasie dołączyła cała reszta ekipy, a także nasz druga drużyna. I tak siedzieliśmy i - jak to mawia Kazimierz (wielki) Kordziński - „herbatnikowaliśmy” przy stole, ciesząc się z wyniku. Po pewnym czasie dołączyli do nas chłopaki z Bieging Team Zelów, potwierdzając moje domysły, że to naprawdę w porządku rywale. A „herbatnikowaliśmy” naprawdę długo, ciesząc się każdą kroplą iztoniku.

W niedziele rano nastąpiła uroczysta dekoracja wszystkich drużyn, które wzięły udział w 14. edycji imprezy.

  1. HUMMEL TEAM – 198 km 327m
  2. SALT RUNNERS BOCHNIA 1 - 194 km 233m
  3. BIEGING TEAM ZELÓW - 189km 560m
  4. MAFIOZÓW CZTERECH BY MAFIA TEAM LUBLINIEC - 184km 288m
  5. PODGÓRZ TORUŃ - 180km 986m

MAFIOZÓW CZTERECH BY MAFIA TEAM LUBLINIEC:

  • Marek Grund – 19 okrążeń
  • Marek Kapela - 20
  • Krzysztof Skiba - 19
  • Artur Walkowiak – 18

W naszej drużynie czarnym koniem okazał się Krzysiu. Kręcił takie czasy, że aż ciężko było mi w to uwierzyć! Chłopak nie przebiegł jeszcze nawet maratonu, a ten bieg był dla niego właśnie sprawdzianem przed maratońskim debiutem. Jestem pewny, że wykona swój plan w 101%.

Nie wszyscy wiedzą, ale zajęcie miejsca w czołowej „5” daje gwarancję startu w przyszłym roku, bez obowiązku przejścia przez losowanie. Ale na pewno nikt nie wiedział ze pierwsza „5” tego biegu była kolejnym moim biegowym marzeniem, które właśnie się zrealizowało. Najpiękniejsze jest to że zrealizowałem je z przyjaciółmi z klubu!

Dziękuje chłopakom z mojej drużyny oraz naszej drugiej klubowej drużynie - Kinga Team, za walkę i dopingowanie się na trasie, za wszystkie te dźwigające słowa. Mafia jest rodziną a rodzina jest SIŁĄ!

Zawsze w tym miejscu pisze” Bochnio, do zobaczenia za rok” Ale, no właśnie, los tak chce, że Bochnia pokrywa się zawsze z jedną biegową imprezą, którą obiecałem sobie ukończyć przed trzydziestką. No i, jak by to powiedzieć, w przyszłym roku mam ostatnią szansę na wykonanie i zrealizowanie swojego kolejnego biegowego marzenia. A może los zechce, że imprezy tym razem nie zejdą się w jednym czasie? Czy sąsiedzi ze wschodu zmienią termin biegu? Tego nie wiem, ale rzucę tak dla zachęty, może się uda. Bochnio mam nadzieje do zobaczenia za rok!

Aaa i najważniejsze, pamiętajcie - SIŁAAAA ! ! !

Marek Grund, Ambasador Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się: