"Niepełnosprawność jest tylko w głowach ludzi". Marcin Grabiński 2:51:56 w NYC Marathonie


2:51:56 w Maratonie Nowojorskim, marzenie tysięcy biegaczy. Ten bieg i taki wynik, dla większości nieosiągalny. Ale nie dla Marcina Grabińskiego, bo on zamierzone cele po prostu realizuje, bez względu na trudności. Mówi, że nie widzi przeszkód. Dosłownie: bo Marcin jest niewidomy, a trasę słynnego maratonu pokonał w niedzielę z przewodnikiem Marcinem Kęsym. Spełnił w ten sposób marzenia, o nowej „życiówce” i minimum pozwalającym starać się o miejsce w kadrze Polski na paraolimpiadę.

O osiągnięciu Marcina tak pisaliśmy zaraz po nowojorskim maratonie: Niewidomy Polak grubo poniżej 3 godzin w 49 Maratonie Nowojorskim

Marcin Grabiński trenuje i wychowuje synów, czas dzieli między pasję i rodzinę. Dla niego niepełnosprawność nie istnieje. Poczuciem humoru i dystansem do siebie mógłby obdzielić kilka osób. Na gorąco, jeszcze z Nowego Jorku, podzielił się z nami wrażeniami z niedzielnego biegu i opowiedział o drodze do sukcesu.

– Jak to jest: osiągnąć coś, o czym marzy tylu ludzi na świecie, pokonać w świetnym czasie jeden z najbardziej prestiżowych maratonów?

– Doznania podczas tego maratonu są nie do opisania… Sama trasa, ludzie, którzy otaczają ten maraton. Tam właściwie ma się ciarki na plecach przez całe 42 kilometry.

– Jaki był Twój cel?

– Miałem maratońską „życiówkę” w granicach 2 godzin 54 minut i chciałem poprawić ten wynik. Dawał mi piąte miejsce na świecie w kategorii T11 (osoby niewidome lub słabo widzące – red.). Chciałem wejść wyżej, do top 3 albo 4. Miałem też niewyrównane rachunki z Maratonem Nowojorskim, bo 6 lat temu mi go odwołali (z powodu huraganu Sandy – red.). Chciałem się z nim rozprawić. Nowy wynik daje mi czwarte miejsce na listach światowych i nadzieję na powołanie do kadry. Moim największym marzeniem są Igrzyska Paraolimpijskie w Tokio. A tymczasem najbliższy cel to kwietniowe Mistrzostwa Świata w Londynie.

– Nazwa Twojej strony „Biegnę, bo nie widzę przeszkód”, brzmi lekko i zabawnie. Ale przecież lekko nie jest. Poczucie humoru to sposób na radzenie sobie z trudnościami?

– Hasło wzięło się z akcji, która odbyła się w 2015 roku. Zbierałem wtedy środki dla poznańskiego Stowarzyszenia Na Tak, biegnąc z Berlina do Poznania. W ciągu trzech dni pokonałem ponad 300 kilometrów z dwoma przewodnikami. Akcję nazwałem wtedy „Biegnę, bo nie widzę przeszkód – jestem Na Tak”. Potem przełożyłem to na swoją stronę. Stało się moim hasłem przewodnim, bo dla mnie nie ma barier, ani w życiu, ani w bieganiu. Jestem chłopakiem, który ma dystans do siebie. Dla mnie niepełnosprawność nie istnieje. Jest tylko w głowach ludzi.

– Jak z Tobą było? Najpierw choroba czy sport?

– Do osiemnastego roku życia rozwijałem się jak każdy normalny chłopak, grałem w piłkę, biegałem, uprawiałem różne sporty. Potem uaktywnił się zespół Lebera, czyli dwustronny zanik nerwy wzrokowego. Choroba postępowała. Teraz widzę około 2-3%, ale jestem uznany za osobę niewidomą.

– 3 procent... to pewnie brzmi abstrakcyjnie dla kogoś, kto widzi. Jak to jest? Co tak naprawdę widzisz i czy w bieganiu musisz się zdać całkowicie na inne zmysły?

– Każde niewidzenie jest trochę inne. Ja mam totalnie zamazany obraz, widzę takie migające kropeczki i resztki obrazu na obwodzie. My, ludzie, odbieramy wszystko wzrokiem: najpierw patrzymy, potem zaczynamy słuchać. Nauczyłem się bardziej korzystać z innych zmysłów, staram się chłonąć to, co jest wokół mnie. Potrzebuję też pomocy innych, bo choć sam potrafię dreptać przy krawężniku, z ludźmi jest mi łatwiej. Poza tym jestem otwarty, nie boję się, a to pomaga.

– Startujesz z przewodnikiem. Jak wygląda taka współpraca?

– Nasza współpraca z każdym biegiem jest coraz lepsza, czasem potrafimy się porozumiewać bez słów. Marcin przekazuje mi informacje puknięciem, złapaniem za rękę, gestami. Wspólny trening sprawia, że stajemy się super duetem. Niestety, nie trenujemy razem często, bo mieszkamy daleko od siebie: Marcin w Poznaniu, a ja w Lublińcu. Nie mamy sponsorów, którzy pozwoliliby nam żyć jak sportowcom. Musimy godzić wszystko z pracą, rodziną. Miałem w życiu mnóstwo przewodników, ale musiałem ich wymieniać, gdy stawałem się coraz lepszy. Teraz mam takiego, z którym nie boję się, że coś się stanie. To bardzo ważne!

– Jak w takim razie radzisz sobie sam na treningach?

– Staram się trenować cały czas z kolegami, albo z kimś z rodziny, kto jedzie obok mnie na rowerze. Mam też wyznaczone miejsca, gdzie mogę poruszać się sam. Ale zdarzają się różne śmieszne sytuacje, kiedy biegnę i uderzę w krawężnik, znak albo osobę, która pyta: „Co ty, nie widzisz jak biegniesz?!”. Odpowiadam zawsze: „Nie widzę. A co, ślepy biegać nie może?”

– I jak ludzie na to reagują?

– Nie wiem, bo nie widzę… (śmiech). Myślę, że są mega zaskoczeni. Najgorzej, kiedy człowiek się boi i zaczyna analizować, kombinować: może nie wyjdę, bo mnie boli noga, a może nie wyjdę, bo nie widzę…

– Zdarzyły się jakieś poważniejsze wypadki w trakcie treningów?

– Tak, jakieś skręcenia, stłuczenia, złamania kości piszczelowych obu nóg. Kiedy biegnę, nie widzę w ogóle podłoża, nie wiem, czy dziura, w którą wpadam, jest głęboka, czy płytka, krawężnik wysoki, czy niski. Cały czas muszę amortyzować bieg, utrzymywać się na „miękkich” nogach.

– Masz jakieś specjalne, dodatkowe elementy treningu, które pomagają radzić sobie z niepewnym podłożem i unikać kontuzji?

– Nie, robię takie same treningi jak wszyscy biegacze. To nie jest dla mnie wielki problem, wszystko jest kwestią przełamania się i korzystania z pomocy innych osób.

– Przy tych wszystkich trudnościach, urazach, nie miałeś pokusy, żeby odpuścić, dać sobie spokój z bieganiem i poszukać czegoś bardziej bezpiecznego?

– Próbowałem wielu sportów i pewnie coś innego bym znalazł... Nie mam budowy biegacza, raczej kulturysty. Kiedyś uprawiałem kulturystykę i brałem udział w zawodach, nawet miałem w bicepsie 45 cm. Ale stałem się biegaczem, maratończykiem. Myślę, że znalazłem dyscyplinę dla siebie. Kuszą mnie tez biegi ultra. Już biegałem po górach, trenowałem z Marcinem Świercem, bo mieszkamy blisko siebie.

– A jak zaczęła się Twoja przygoda z bieganiem?

– Do biegania natchnął mnie mój wujek, który również nie widzi, obaj mamy chorobę genetyczną. Jest alkoholikiem i gdy wychodził z tej choroby, w 2003 roku, razem z nim i bratem przygotowywałem się do Biegu o Nóż Komandosa. Ukończyłem go i… odstawiłem bieganie, zająłem się kulturystyką.

W 2009 roku, po ślubie, szukałem czegoś dla siebie i znów zacząłem biegać. Wujek podpowiedział, że istnieją maratony dla osób niewidomych i zaproponował, żebyśmy wystartowali. Pierwsze maratońskie doznania były dość bolesne, ale interesujące. Postanowiłem wziąć się z bykiem za rogi. Biegi długie mnie pochłonęły.

Wcześniej, w szkole średniej, trenowałem biegi krótkie i byłem dobry w sprintach, już nie widząc biegałem poniżej 12 sekund na 100 m. Startowałem nawet, i to z dobrymi wynikami, w mistrzostwach Polski. Byłem wtedy jednak niespokojną duszą i szukałem doznań innych niż sportowe.

– Czym zajmujesz się na co dzień?

– Przez długi czas pracowałem w sanatorium jako masażysta. Teraz zajmuję się domem, trójką synów i bieganiem. Chciałem osiągnąć sukces jako sportowiec, a to wymaga poświęcenia i czasu.

– Trzymamy zatem kciuki za kolejne sportowe sukcesy i mamy nadzieję kibicować Ci w Londynie i Tokio.

Rozmawiała Katarzyna Marondel


Polecamy również:


Podziel się: