Zaśpiewajcie o Hyrlatej – nasz Bieg Rzeźnika [ZDJĘCIA]

Zaśpiewajcie o Hyrlatej – nasz Bieg Rzeźnika [ZDJĘCIA]



Roztoki Górne, 11 czerwca, 17:00

Sztajcha bezlitośnie ciągnie się pod górę. Nachylenie chwilami ze 30% albo lepiej. Krzysiek właśnie dostał nowe życie i ciśnie niczym Marco Pantani. Cały dzień był z niego trup, a właśnie teraz na sam koniec zmartwychwstał, kiedy mnie złapał pierwszy kryzys. Pozostaje mi zacisnąć zęby i – trzymając się terminologii kolarskiej – siedzieć mu na kole. Ostatni etap dowalili nam w tym roku mega trudny. Ale w końcu Rzeźnik musi zasługiwać na swoją nazwę.

Gdzieś między Wołosaniem a Honem, 11 czerwca, 7:00

Stromy zbieg jak zwykle lecę pierwszy i czekam na Krzyśka na dole. Kiedy przez chwilę go nie ma, zawracam pod górę. Wreszcie się zjawia – kulejący, z dziurą w gaciach na kolanie i zakrwawioną nogą. Obmywamy rozcięcie wodą z bukłaków, bo tylko taką mamy, i robimy prowizoryczny opatrunek z gazy i plastrów. Najpierw nawet nie bardzo może iść, ale w końcu rusza i nawet zaczyna powoli biec. Już bez tego mieliśmy ogromne opóźnienie. Coś już drugi raz z rzędu nie ma szczęścia do tego Rzeźnika...

* * * * *

To już nasza czwarta Rzeźnia, z czego trzecia w parze, bo raz biegliśmy Rzeźnika Ultra indywidualnie. Najlepiej nam poszło w debiucie, kiedy starą trasę połoninami zrobiliśmy w 13 godzin z groszami. W zeszłym roku były sensacje żołądkowe Krzyśka na pierwszym etapie i jego cudowne powstanie z martwych w Cisnej, skąd do mety nadrobiliśmy prawie 200 miejsc w tabeli. Teraz, chociaż nie ma sensacji ani żadnych innych kłopotów zdrowotnych, przeżywamy jakby małe deja vu.

Od późnego popołudnia do północy nad Bieszczadami przechodziło oberwanie chmury. Podobno cała reszta Polski była w tym czasie sucha. Obejrzeliśmy mecz z Rumunią na Krzyśkowym tablecie w samochodzie. Nawet znakomita gra naszych nie poprawiła nam psychy przed startem. Deszcz bębnił o dach i szyby, a nam się wszystkiego odechciewało. Jak ulewa złapie gdzieś w połowie trasy to już wszystko jedno, ale startować od początku na zimno w czymś takim to totalna masakra. Nie chciało nam się nawet iść do namiotu, tylko rozłożyliśmy siedzenia i usnęliśmy tak jak siedzieliśmy.

Na szczęście najnowsza prognoza się potwierdziła i kiedy obudziliśmy się o pierwszej po dwóch godzinach snu, już nie padało. Autobusy zawiozły nas na start do Komańczy. Już od wbiegnięcia do lasu przed Jeziorkami Duszatyńskimi Krzysiek był jakiś wolniejszy, niż zwykle. Czasem się po prostu nie ma dnia. To ja się bałem o swój brak wybiegania przez kłopoty z kolanem, ale jak widać to może trafić każdego. Do tego, a może przede wszystkim, biegł w prawie nowych butach – niby górskich i dobrej marki – które jednak na tym błocie świeżo po kilku godzinach ulewy okazały się do niczego. Czy to podejście, czy zbieg, czy też po równym – jeździł jak po maśle. A błoto było wszędzie. Kijki czekały na nas dopiero na przepaku w Cisnej. Szlak za Wołosaniem jak zwykle ciągnął się bez końca jak stara guma od majtek, a wszechobecna zimna wilgoć na drzewach, w powietrzu i pod nogami odbierała chęć do napierania.

* * * * *

Po dłuższej chwili biegnie już właściwie normalnie, ale każdy krok stawia bardzo ostrożnie. Jestem na siebie zły, że za bardzo go popędzałem, a on za bardzo się starał, chociaż szybciej nie mógł. Na słynnym zbiegu do Bacówki pod Honem radzi sobie nawet całkiem nieźle. Przez głowę przelatują myśli, czy będzie w stanie dalej napierać. Na razie zapewnia mnie, że tak. W Cisnej zjawiamy się nawet później, niż poprzednim razem, kiedy dopadły go wspomniane sensacje. Sanitariusze stwierdzają, że nie ma co opatrywać, bo z kolana w biegu i tak wszystko spadnie. Mówią mu tylko, że będzie żył. Przepak opuszczamy tuż przed 9:00, chyba jako jedna z ostatnich drużyn. Jesteśmy jednak uzbrojeni w kijki, a to najpotężniejsza broń mojego partnera.

Najpierw trzeba odstać swoje w kolejce na prowizoryczny mostek z desek i linową przeprawę wzdłuż błotnej skarpy na drugim brzegu. Trasa jest puszczona tędy chyba przez za wysoki stan wody w orginalnym miejscu. Przeprawa okazuje się całkiem ciekawym doświadczeniem.

Na bardzo długim i miejscami stromym podejściu na Małe Jasło powtarza się sytuacja z zeszłego roku. Kijki dają Krzyśkowi +100 do mocy i pod górę znów robi legendarną akcję. Ciągnie jak koń i wyprzedza tabuny współzawodników, a ja po prostu mu nie przeszkadzam i siedzę mu na ogonie.

Małe kawałki odkrytych polan na szczytach Jasła i Okrąglika są całe w chmurach, więc widoków mamy zero. Już któryś raz spotykamy znajomych Witka i Wojtka, którzy wcześniej próbowali postawić mojego partnera na nogi jakimś żeńszeniowym ekstraktem mocy. Może to właśnie on mu pomógł?

Przed Fereczatą wchodzimy na kilka fałszywych hopek dających złudną nadzieję, że to już ten właściwy szczyt. Zbieg wchodzi szybko. Po 4 km Drogi Mirka odhaczamy się na przesuniętym przepaku Smerek. Mija właśnie 9h30 od startu, czyli mimo nadrobienia na etapie z Cisnej, wciąż jesteśmy w plecy do zeszłego roku. Ryż z jabłkami i rodzynkami jest dobry, jednak jadłospis jest znacznie uboższy, niż poprzednio. Po 15 minutach wychodzimy i wbijamy się w podejście na Paportną.

Tu niestety Krzyśka dopada następny zgon. Jego buty na błocie też nie pomagają, podobnie jak moje motywowanie kijem uciekającego limitu i marchewką piwa na mecie. Mogę tylko patrzeć bezradnie, jak inni nas wyprzedzają. Po długim jak wieczność podejściu lasem i jagodowym polem osiągamy grzbietowy szlak, lecz tam tempo mojego partnera wcale nie wzrasta.

Rabia Skała, Dziurkowiec, kilka mniejszych hopek, Płasza. Gdzieś po drodze spotykamy Ambasadora Festiwalu Biegowego Janka Nartowskiego. Chmury się rozchodzą, wreszcie mamy piękne bieszczadzkie widoki, ale zaczyna mocno grzać. Rzut oka na mapę – jak w godzinę zrobimy pofałdowane ponad 5 km do Okrąglika, to po szybkim zbiegu powinniśmy się zmieścić w limicie 13h45 w Roztokach Górnych. Do tego jednak Krzysiek musi skądś znaleźć siły na przyśpieszenie.

I skądś znajduje. Zaczyna cisnąć naprawdę zacnym tempem zarówno na podejściach, jak i na zbiegach. Dzielny jest. Widać, że kiedy tylko może, daje z siebie wszystko. Drugie dziś wejście na Okrąglik równo w godzinę od Płaszy. Za szczytem jeszcze parę hopek i stromy zbieg do przełęczy, na którym Krzysiek przechodzi samego siebie. Rok temu wodopój był tutaj, ale teraz mamy jeszcze półtora kilometra szosą w dół. Jak na wytrawnego ulicznego biegacza przystało, mój towarzysz wrzuca wyższy bieg. Po lewej wznosi się nad nami masyw Hyrlatej, gdzie mamy podejść w najbliższej kolejności. Z prawej wyrasta grzbiet Jasła z ostatnim podejściem dnia.

Wejściową bramkę pomiarową przekraczamy po 13 i pół godziny. Dowiadujemy się jednak, że limit 13h45 liczony jest na wyjściu. Wlewamy w siebie hektolitry coli, uzupełniamy bukłaki wodą i po kilku minutach opuszczamy punkt. Do mety zostało 14 km i dwie duże sztajchy. Spodziewamy się, że 16-godzinny limit, przewidziany na starą trasę przez połoniny – nieco krótszą i w sumie łatwiejszą – zostanie wydłużony. Nie wiemy jednak o ile i nie możemy brać niczego za pewnik. Trochę szkoda, że się nie zmieścimy w honorowych 16 h, ale co zrobić. A ja, mimo treningowego dla mnie tempa przez większość biegu, zaczynam się czuć zmęczony ostatnią pogonią za limitem...

Wspomniane dwa mega podejścia to nowość na trasie klasycznego Rzeźnika. Mniej więcej tędy był poprowadzony ubiegłoroczny Hardcore, a przez Hyrlatą przebiega też Ultramaraton Bieszczadzki. Od strony naszego bufetu musimy najpierw wejść na Rosochę – pierwszy garb grzbietu. Kilometr za nim czeka minimalnie wyższa Hyrlata. Na około 2 km podejścia na Rosochę mamy ponad 400 m wzniesienia.

Sztajcha bezlitośnie ciągnie się pod górę. Nachylenie chwilami ze 30% albo lepiej. Krzysiek właśnie dostał nowe życie i ciśnie niczym Marco Pantani. Cały dzień był z niego trup, a właśnie teraz na sam koniec zmartwychwstał, kiedy mnie złapał pierwszy kryzys. Pozostaje mi zacisnąć zęby i – trzymając się terminologii kolarskiej – siedzieć mu na kole. Ostatni etap dowalili nam w tym roku mega trudny. Ale w końcu Rzeźnik musi zasługiwać na swoją nazwę.

Och Hyrlata, coś ty mi krwi napsuła! Ech Hyrlata, zabrałaś limit mój... śpiewam do siebie pod nosem. Jeśli ta trasa przyjmie się na dobre – Wiewióry, za rok koniecznie zaśpiewajcie rzeźnicki hymn w tej wersji!

Pomału doganiamy grupkę współzawodników. Gdzieś w górnej części wyprzedza nas jedna dwójka. Kryzys mi przechodzi, wyskakuję naprzód i daję długą, mocną zmianę do samej Rosochy. Robię zdjęcie dogonionej grupce na szczytowej polanie. Wszyscy wyglądają na równo wykończonych. Jedna dziewczyna mówi, że fotka powinna mieć tytuł nie „Rzeźnicy”, tylko „Nędznicy”.

Grzbiet do Hyrlatej oczywiście ma po drodze kilka niemałych hopek. A długaśny i mega stromy zbieg do Lisznej to już sama przyjemność. Znaczy dla mnie, bo niestety nie dla Krzyśka z jego fatalnymi butami. Mimo to doganiamy dużą grupkę zawodników, a nawet większość z nich jakimś cudem wyprzedzamy. Powtórzę tu już któryś raz, i nie ostatni, że Krzysiek jest twardy jak dziki świniak. Kryzysowy dzień i pechowy zbieg okoliczności może się trafić każdemu, ale mało kto umie wyjść z niego w takim stylu.

Wypadamy na szosę, przebiegamy mały kawałek w prawo, wolontariusze kierują nas na coś w rodzaju „mostku” przez rzeczkę z palet obciążonych kamieniami. Skaczemy z jednej na drugą i przedostajemy się na drugi brzeg. Wcześniej dostajemy łyka coli i potwierdzenie, że limit będzie wydłużony. – Nie wiemy o ile, więc do Cisnej trzeba jednak cisnąć – mówi jeden z nich.

Druga sztajcha ostatniego etapu ma tylko jakieś 250 metrów przewyższenia, lecz jest nie mniej stroma od poprzedniej. Prowadzi rozjeżdżonymi i błotnistymi drwalskimi drogami zrywkowymi. Tym razem ja nadaję ostre tempo od początku, a Krzysiek dzielnie się za mną trzyma. Poniżej najwyższego punktu wyprzedzamy grupkę współbiegaczy.

Łączymy się z czerwonym szlakiem i zaczynamy stromy i błotnisty zbieg, którym kilka godzin wcześniej podchodziliśmy. Spotykamy uczestników Rzeźniczka Intro, dzielących z nami ostatni odcinek trasy. Tutaj mija nam 16 godzin. Krzysiek kręci piruety na śliskiej mazi, ale udaje mu się utrzymać pion. Trzymamy tempo do końca. Już z daleka słychać odgłosy mety i rzeźnickiego koncertu.

Przechodzimy potok w bród, spłukując nieco błota z butów. Kiedy jesteśmy na linowej przeprawie, Wiewióry grają właśnie „Truskawkę”. Ska-ska-truskawkowa rzeka płynie w naszych głowach! – ryczę na całe gardło i skaczę z kijami w ręku przed wejściem na kładkę. Obiegamy boisko, przebiegamy obok sceny i wpadamy na metę. Zegar pokazuje 16:20:46.

Jak się okazuje, ostatni limit był egzekwowany na punkcie w Roztokach Górnych, gdzie kilkadziesiąt drużyn odpadło. Kto stamtąd wyruszył i dotarł do mety, był klasyfikowany. Mój partner dał wspaniały pokaz waleczności i pokonywania samego siebie. A dla mnie może i lepiej, że się nie wyjechałem na maksa, tylko wyszedł mi mocny trening. Przed tym, co mnie czeka już za niecały miesiąc... ale o tym w następnym odcinku.

Kamil Weinberg


Polecamy również:


Podziel się: