Ma na koncie każdy Bieg 7 Dolin. "Quadem wrócę kiedy indziej"

Ma na koncie każdy Bieg 7 Dolin. "Quadem wrócę kiedy indziej"


– Porównuję start w Krynicy z Ultra Trail du Mont Blanc, który jest absolutnym światowym klasykiem i wyznacznikiem. Może trochę przesadzę, ale niewiele brakuje Siedmiu Dolinom do tej klasy biegu oczywiście pod pewnym względami – podkreśla Paweł Jachym.

Jest ich czterech, a właściwie to trzech. Wszystkie edycje Biegu 7 Dolin 100 km ukończyło trzech zawodników. Czwarty – Adam Długosz, zwycięzca z 2010 roku, też startował siedem razy, ale do metry dotarł pięciokrotnie.

Jednym z bohaterów Biegu 7 Dolin od jego początku jest Paweł Jachym.

Co sprawiło, że biega Pan od początku Bieg 7 Dolin?

Paweł Jachym: W sport wciągnęła mnie siostra. Trenowała chód sportowy, a ja dzięki niej zacząłem trochę więcej biegać. Najpierw był więc Bieg na Pilsko – moje pierwsze zawody w życiu. Potem Cracovia Maraton i Bieg Rzeźnika. Wydawało mi się, że naturalną konsekwencją takiego ciągu zdarzeń jest Bieg 7 Dolin – pojawił się w bardzo dobrym momencie, kiedy wiedziałem, że chcę spróbować czegoś dłuższego niż te „rzeźnickie” 78km. I tu mi się bardzo spodobało. Start w kolejnych edycjach był z jednej strony chęcią wyrównania porachunków w Biegiem i poprawiania życiówek, a z drugiej po prostu tradycją i stałym punktem programu w corocznych startach. Jak chodzi i moje doświadczenie biegowe to w 2013 roku startowałem w Ultra Trail du Mont Blanc, mam też za sobą kilka „Kieratów”. Jednak kalendarz, urlop czy życie zawodowe podporządkowuję pod start w Krynicy.

Pochodzi Pan z Krakowa. Co przyciągnęło do Krynicy?

Bardzo chciałem zwiedzić Beskid Sądecki, ale nie za bardzo miałem czas, by po nim chodzić. Pojawił się B7D, który pozwolił mi poznać te góry w trybie ekspresowym. Z plecakiem na taką trasę trzeba poświęcić trzy dni, a tu wystarcza 15-16 godzin zarówno, żeby przeżyć rewelacyjny wschód słońca nad Tatrami, zobaczyć poranne mgły nad Rytrem czy też widzieć czerwoną poświatę zmierzchu przy zbiegu z Runku.

Jakie pamięta Pan swoje początki i biegu?

- W moim debiucie, który również był debiutem biegu skończyłem na 45. miejscu. Biegłem w okolicach 19 godzin i teraz to by już było dawno poza limitem. Zresztą wyższego miejsca nigdy nie zająłem. Na początku było nas tak mało, że była to impreza towarzysko-rodzina. Wszyscy właściwie się znali. Było bardzo kameralnie. Odprawa techniczna odbyła się w pomieszczeniu wielkości sali lekcyjnej. Potem bieg się rozrósł i to w sumie dobrze, bo impreza zaczęła być robiona z coraz większym rozmachem i coraz profesjonalniej. Bardzo mi się podoba, że wszyscy, niezależnie od długości pokonanego dystansu, finiszują na deptaku w Krynicy. Widać, że organizatorzy reagują na uwagi zawodników. Było przecież tak, że start był wspólny, ale część kończyła w Rytrze, a część w Piwnicznej. To dużo lepszy pomysł, by wszyscy mogli być witani przez kibiców na mecie w Krynicy.

Startował Pan siedem razy, ale każdy bieg to pewnie inna historia?

Oczywiście. Najbardziej wspominam pierwszy start, ale wcale nie najmilej. To była droga przez mękę. Tym bardziej to było dziwne, że Bieg Rzeźnika poszedł mi łatwo. Drugi w kolejności to 2013 rok, kiedy startowałem w Krynicy tydzień po przebiegnięciu UTMB. Wszystko odbywało się na dużym luzie, bo czułem, że nic nie musiałem. Po prostu sobie szedłem, jak miałem ochotę – podbiegałem. Był też czas na rozmowy. I nawet rezultat nie był taki dramatyczny [niespełna 16 godzin – przyp. red.].

No właśnie to niby bieg, ale znajomości można zawrzeć.

Są takie momenty już za połową dystansu w okolicach Wierchomli, gdzie ludzie stają się bardziej wylewni. Jesteśmy wtedy już tak samo mocno zmęczeni i zaczynamy się wspierać. Padają ciepłe słowa i toczą rozmowy o życiu, dzieciach, rodzinie czy pracy. Drugi taki etap jest po wyjściu z Bacówki nad Wierchomlą. Wtedy w zasadzie ludzie już wiedzą, że dotrą do mety i zmieszczą się w limicie. Udziela im się euforia.

Pan doskonale wie jak B7D się zmieniał.

Porównuję Bieg 7 Dolin z Ultra-Trail du Mont Blanc, który jest dla mnie absolutnym światowym klasykiem i wyznacznikiem. Może trochę przesadzę, ale niewiele brakuje „7 Dolinom” do tej klasy biegu – oczywiście pod pewnym względami. To są jednak różne klasy biegów, więc nie da się ich porównać w skali „1 do 1”. Ale nie jest źle. Do tego nagrody są z każdym rokiem coraz wyższe, choć można by trochę mocniej doceniać kobiety. Pamiętam, że na pierwszym biegu najlepsza z pań, Iza Cieluch nie dostała nic, bo wtedy była tylko kategoria open. Nad tym można by się pochylić.

Trasę zna Pan doskonale i…

…nie wyobrażam sobie, by została zmieniona, choć oczywiście są mniej ciekawe momenty. To jest jednak polski klasyk. Najgorzej zawsze wspominam wyjście z Piwnicznej. Nie wiem jak to się dzieje, ale nawet jak na starcie jest bardzo zimno, to tam jest taki upał, że asfalt się niemal topi. Wszyscy tam narzekają. Potem jest trudny moment po zbiegu do Łomnicy, gdy idzie się po płytach pod górę. Pamiętam, że rok temu  „trup ścielił się tam gęsto”. Ludzie wykorzystywali każdy skrawek cienia, żeby odpocząć.

Pan miał kryzysy?

Oczywiście. Kiedyś po wyjściu z Rytra czułem, że jest źle i będzie tylko gorzej. Około 40 km dostałem sms od kolegi, w którym pisał, że „maraton mam za sobą i teraz już będzie z górki”. Nie wiedział, że ja właśnie znalazłem sobie łączkę, oglądałem okolicę i już sobie wyobrażałem co powiem znajomych jak mnie zwiezie quad na metę. Moja głowa była w takim stanie, że sądziłem, że do Piwnicznej mam się dostać do godziny 12 – to było dla mnie absolutnie nieosiągalne w tamtym czasie. I tak rozmyślając jak to będzie fajnie przejechać się quadem, oświeciło mnie po kilkunastu kilometrach, że to był limit 12-tu godzin na dotarcie, a nie do godz. 12:00. Dostałem trzy godziny ekstra i ostatecznie jazda quadem musiała zostać przełożona na kiedy indziej.

Miłość do B7D to tak na dłużej?

Na pewno biegnę do dziesiątej edycji. Zaplanowaliśmy z kolegą, Kazkiem Chłopkiem, że wreszcie pobiegniemy na tyle dobrze, byśmy mogli napić się piwa w sklepie w Wierchomli. Nigdy w Biegu 7 Dolin nie odegrałem poważniejszej roli – nie namieszałem w stawce. Finiszuję zazwyczaj w „czołówce końcówki”. Zawsze o tym mówimy, o tym piwie w Wierchomli, ale nigdy nie udało się nam tego planu zrealizować. W 2019 roku musi się udać.

Rozmawiał Andrzej Klemba

fot. Facebook Pawła Jachyma


Polecamy również:


Podziel się: