„Odpowiedzialny” i „świadomy” TAURON Ultramaraton 64 km Ambasadora


Na początku był chaos... Tymi słowami cofnął bym się do swojego pierwszego startu ultra, którym był Bieg Rzeźnika w 2012 r. Na starcie myślałem, że jestem przygotowany, coś już tam przecież od paru lat biegałem - pisze Marek Grund, Ambasador Festiwalu Biegów. 

Po rzeźniku byłem Herosem, byłem nieśmiertelny, kończyłem ultra jak „dyszki” na asfalcie - zadowolony, uśmiechnięty, bez kolosalnego wysiłku. Sęk w tym, że robiłem to kompletnie bez głowy, bez planu, bez wytyczonego celu. Stałem w miejscu. A nawet gorzej – cofałem się w biegowym rozwoju.Zrozumiałem to dopiero w 2014 roku, kiedy kontuzja była tak poważna, że dalsze bieganie stanęło pod dużym znakiem zapytania.

Nie biegałem pół roku i był to chyba najgorszy okres w moim życiu. Ale Ci, którzy mnie znają wiedzą, że ja się nie poddaje. Przez upartość w dążeniu do celu i spełniania marzeń wracałem małymi kroczkami do biegania. Ale... W głowie siedziała już psychiczna blokada - nie ukończyłem dystansu dłuższego niż 30 km. Bałem się. Na samą myśl o takim wyzwaniu wszystko mnie bolało.

Wiadomo, czas leczy rany. Porywałem się na coraz dłuższe dystanse i w 2016 r. ukończyłem jeden maraton i jedno małe ultra. Aczkolwiek znów bez głowy. I stało się to, na co liczyłem. Moja osobą zainteresował się pewien człowiek. „Pomogę Ci” - powiedział. Od 2017 roku biegam już pod skrzydłami trenera, kumpla, przyjaciela. Ale o nim później.

Obraliśmy cel. Krynica. Początkowo miał być dystans 100 km, ale z czasem wiedziałem, że to jeszcze za wcześnie, że za dużo, że znów chce pobiec na hura. Zapadła decyzja – 64 km. Skąd ten człowiek tak mnie znał?

Treningi były rozpisane do samej Krynicy, a zawody kontrolne podobierane tak, by w niczym nie przeszkadzać (no czasem musiałem tylko coś swojego wrzucić, z czego trener nie był do końca zadowolony, ale akceptował). Powiem wam, że bałem się takich treningów - bieganie zawsze było dla mnie moja wolną chwilą, ucieczką od problemów, moją chwilą samotności, moją oazą spokoju. To była moja strefa, tam nie było nikogo, tam nie było problemów.

Teraz miało się wszystko zmienić. Ale nie zmieniło się - było dokładnie tak samo!

Było idealnie! Zaczynałem rozumieć sens treningu. Były one przyjemne, nie dłużyły się mimo kilkugodzinnych wybiegań. Do tego były ćwiczenia – eh, jak ja tego nie lubiłem! Ale prawda była okrutna to wszystko zaczynało działać efekty był widoczne gołym okiem. Nie pozostało nic innego jak trzymać się planu treningowego i robić swoje. Motywacja była ogromna! „Niech się dzieje wola nieba...”

Przyszedł czas. Zawsze przychodzi, czy tego chcesz czy nie. Chwila, na którą czekałeś nadchodzi zawsze, czasem prędzej niż myślisz a czasami masz wrażenie że czekasz już za długo. Jak dla mnie było teraz idealnie. To miał być mój czas.

Stanąłem na starcie w Rytrze. Zaplanowałem wszystko, miałem odpowiednio dobrane ciuchy, buty, wyposażenie w plecaku, jedzenie i picie. Na przepak na 30. kilometrze przygotowałem napój do uzupełnienia bukłaka i wszystko to, co mogło być potrzebne mi na drugim etapie wyścigu. Miałem muzykę, która będzie mnie pchała do przodu, miałem siłę, miałem wiernych kibiców i miałem tą myśl w głowie, która mnie prowadziła do mety.

Do startu, ze względów bezpieczeństwa, organizator wypuszczał nas interwałowo co 5 sekund. Trasa na początku była taka wąska. Ruszyłem zaraz za elita i od początku byłem skupiony, regularnie spoglądałem na tętno i tempo biegu, regularnie piłem i jadłem, nie mogłem sobie pozwolić na żaden błąd.

Dzień był doskonały, pogoda była idealna. Kilometry upływały szybko mimo że pierwsze 8 było całe pod górę, aż do schroniska Hala Przechyba (1150m n.p.m.) Wpadłem tam szybko, jeszcze szybciej wypadłem. Wypite 2 łyki coli, zjedzone 2 ćwiartki pomarańczy, kawałek banana i atak.

Do Radziejowej (1262 m n.p.m.) dotarłem również szybko napawając się widokiem Tatr, które miałem wrażenie, że są na wyciagnięcie ręki. Potem długi zbieg, w miarę łatwy technicznie więc pozwoliłem sobie na szybsze tempo, jednak w pełnym skupieniu, aby nie pozwolić sobie odpłynąć w myślach i stracić kontrole na nogami, co, jak wiemy, może się skończyć tragicznie. Jest bosko, naprawdę!

Teraz podbieg na Eliaszówke (1024 m n.p.m.). Nie było nawet chwili marszu, podbiegi tutaj były moją przewagą, którą miałem zamiar wykorzystywać w pełni. Z Eliaszówki zbieg już nie był taki łatwy, musiałem panować nad emocjami, które chciały mnie napędzać do szybszego zbiegu, kamyki obsuwały się niemiłosiernie. Patrzyłem pod nogi i trzymałem rytm.

Podczas zbiegu zauważyłem, że któryś z zawodników pobiegł w złym kierunku, wołałem go ile miałem siły, jednak nic to nie dało. W międzyczasie któryś z turystów zorientował się o co chodzi i ruszył za nim w pościg. Z tego co zauważyłem zawrócił go na odpowiedni na tor. Rwałem dalej.

Dobiegam do przepaku w Piwnicznej. Zrzucam plecak i uzupełniam przygotowanym napojem. Parę łyków coli, zjadam trochę banana, rodzynki, i wylewam sporo wody na głowę. Jest lodowata, świetnie! Nie tracę czasu i ruszam dalej.

Lekki podbieg. Powinienem go pokonać bez problemów, ale przyszedł mały kryzys. Wyszło piekielne słońce a tempo strasznie zwolniło. Ale podbieg zdobyty, teraz mały zbieg do Łomnicy Zdrój, po betonowych płytach, ajjj moje czwórki. Potem zaczyna się drugi podbieg i tutaj przeżywam swoje najgorsze chwile. Śłońce grzeje co raz bardziej, jakieś dzieciaki podbiegają do mnie z wodą i polewają mi głowę - przepiękny gest, serce rośnie naprawdę! Dziękuje im serdecznie.

Ta woda to chwilowa dźwignia dla mojej głowy. Kiedy jestem już bardzo zrezygnowany nagle dzwoni telefon, tak…. To ten telefon, na który czekałem, to te słowa które chciałem usłyszeć i słyszę je, tak to ona… pchnie mnie dalej, to moment w którym tętno rośnie, ale nie od przyśpieszenia tempa ale od ogromu emocji, które przechodzą właśnie przez całe moje ciało.

„Przypomnij sobie wszystkie swoje przykrości, wszystko co bolało, każdy kto nie okazał ci respektu, rozdeptaj go teraz!”. Masz tu wszystko czego pragnąłeś - bierz to! To jest twój czas, wykorzystaj go Marek…

Mówiłem do siebie i rwałem, walczyłem z słońcem aż do Hotelu Wierchomla, gdzie zlokalizowany jest kolejny punkt serwisowy. Nie było tam coli, no cóż, zjadłem parę rodzynek, pomarańczę i wypiłem dwie ciepłe herbatki. No i standardowo butelka lodowatej wody na głowę. Teraz czas zaatakować Wierchomlę, to przed nią przestrzegał mnie kolega Redziu.

Nie kłamał, nie wyolbrzymiał, ta góra miała swój urok. Chciała wyciągnąć ze mnie wszystkie siły, ale nie, nie ze mną te numery. Mnie niosą jeszcze słowa które usłyszałem w telefonie, walczę !

Upadłem i choć brak mi sił,
Podniosę się i pobiegnę,
Watahom stanie z przodu wilk,
Już ślina z pyska cieknie biegnę!

I mocniej!
Znów chce się żyć!
I mocniej!

Krew mi pulsuje a w głowie mam szum,
Do przodu ciągle biegnę,
Nie stanę w miejscu choć czuję ból,
Nikomu nie ulegnę!

Teraz zbieg do Szczawnika, a stamtąd już tylko podbieg na Runek i zbieg do Krynicy. Znałem doskonale ten fragment i byłem przekonany, że poradzę sobie z nim bez problemu. Hmm, na podbiegu nie było tak łatwo, chyba gdzieś zaniedbałem regularne nawadnianie i teraz pojawiły się tego skutki. Miałem chwilowe odcinki energii, rwałem naprzemiennie bieg z szybkim marszem.

Przede mną Schronisko Bacówka nad Wierchomlą (887 m n.p.m). Tutaj tracę kilka cennych minut. Jestem tak rozstrojony, że kompletnie nie wiem czego chcę. Ostatecznie wolontariusze przekonali mnie do jakiegoś jedzenia, chyba kawałek czekolady, rodzynki i szczypta soli, no i masa wody na głowę. Podziękowałem im za pomoc i ruszyłem dalej, ale wiedziałem, że zdecydowanie za długo tu zamarudziłem.

Zdobyłem Runek (1080m n.p.m.) i nagle odżyłem. Co chwilę mijali mnie rowerzyści i zachęcali do walki. Rzucam się do naprawdę szybkiego zbiegu już w stronę Krynicy. W między czasie otrzymuje jeszcze od trenera smsa i telefon.

To ja władca mitów i legend,
Chce żyć a nie patrzeć za siebie,
Nieposkromiony, energia w mnie drzemie,
Horda z jednego serca jak Niemen.

I mocniej!
Znów chce się żyć!
I mocniej!

I mocniej!
Znów chce się żyć!
I mocniej!

Mocniej chce się żyć!

Biegnę !!

Krynica - widzę ją, słyszę ją, jej dźwięk, ten jej zapach. Już otwiera przede mną swoje ramiona, czuję jej bijące serce. Setki ludzi dopinguje mnie na ostatnich metrach, a ja, jak zawsze, z wielką radością i swoim okrzykiem biegnę po deptaku. Cieszę się z ostatnich metrów, przybijam wszystkim piątki, taaaak „to jest twój czas”. Raz, dwa, trzy - trzymam już to serce. Upadam na ziemie, cieszę się chwilą a serce wali tak mocno, że słyszę je wśród wszystkich głośnych oklasków…

A w głowie dalej mam tą myśl, która zaprowadziła mnie do mety.

Kończę ostatecznie na 30. miejscu open i 9. w kategorii wiekowej, z czasem 7:48:27.

Założony plan wykonałem z zapasem niecałych 12 minut. I to jest mój największy sukces. To było odpowiedzialne i świadome przygotowanie do dystansu ultra. Po 3 latach powracam, bby pokazać się z jak najlepszej strony.

I tutaj właśnie w tym miejscu chciałem bardzo mocno podziękować paru osobom oczywiście kolejność przypadkowa.

Dr Jarosławowo Pokaczajło - BALANCE Gabinet Rehabilitacji Funkcjonalnej, za utrzymanie mnie w pełnej sprawności ruchowej, za poświęcony czas i za pełne zaangażowanie sprawie.

Trenerowi Tomaszowi Wilkowi, autorowi bloga „O co nie biega?” za doprowadzenie mnie do tego miejsca, w którym właśnie stanąłem, za cierpliwość do mojej osoby i za te wszystkie rozmowy, które dźwigały nie raz.

Dziękuje rodzinie, bliskim i znajomym za wiarę za kibicowanie, za dopingowanie.

Dziękuje sobie, za to że się nie poddałem.

„Pasja jest tylko słowem, aż pojawi się coś, co nada temu słowu sens …”

Marek Grund, Ambasador Festiwalu Biegów

Polecamy również:


Podziel się: