Uciekał, gonił, uciekał, gonił i... dogonił! Yuki Kawauchi pisze historię Bostonu! Desiree Linden po 33 latach daje wygraną Amerykanom


„Jedyny", „legendarny", „nadludzki” - trudno znaleźć słowa, żeby opisać Japończyka Yukiego Kawauchiego, zwycięzcy 122. Maratonu Bostońskiego. Amator, pracujący na co dzień jako nauczyciel (wcześniej urzędnik), biegający "bo lubi" maratony średnio co 3-4 tygodnie, do tego całą masę półmaratonów, nie posiadający sponsorów, sygnowanych butów, jako jedyny poradził sobie z wymagającymi warunkami i historyczną trasą z Hopkinton do Boylston Street w Bostonie. W pokonanym polu pozostawił tuzy światowego maratonu. N-I-E-S-A-M-O-W-I-T-E !

Wśród pań triumfatorką zmagań została Amerykanka Desiree Linden. Na ten sukces w USA czekano aż 33 lata!

Podczas tegorocznej edycji najstarszego maratonu świata karty rozdawała pogoda. W poniedziałek w Bostonie na termometrach było nieco ponad zero stopni, padał obfity deszcz i mocno wiało. To z pewnością nie pomagało uczestnikom. Zresztą rzadko zdarza się, że zawodnicy z pierwszej fali startują w płaszczach przeciwdeszczowych, kurtkach i czapkach.

Na pierwszy rzut oka wyglądali jak szybko przemieszczająca się wycieczka po Półwyspie Helskim, albo grupa huliganów szykująca się do ustawki, a nie światowa elita maratonu.

Jako pierwsze na trasę legendarną, pofałdowaną, a przy tym pozbawioną oficjalnego atestu, ruszyły panie. Długo podążały w zawartej grupie. Wśród nich była broniąca tytułu zwyciężczyni z 2017 roku Kenijka Edna Kiplagat oraz zwyciężczyni Maratonu Nowojorskiego Amerykanka Shalene Flanagan. Pierwsze 10 km  panie pokonały w 37:07, co prognozowało wynik na mecie w granicach 2:36:00.

Pół godziny później ruszyli panowie. Od startu jak z procy wystrzelił Japończyk Yuki Kawauchi, dla którego był to już... 80 maraton w karierze i czwarty w tym roku!

Ucieczka nie trwała jednak długo i szybko została skasowana przez grupę. Na 10 km podążała już zwarta ekipa prowadzona przez Etiopczyka Tamirata Tole, który miał czas 30:15. To dawało wynik w okolicach 2:07:00 na mecie.

Japończyk pozostał jednak wciąż bardzo aktywny. Co jakiś czas odskakiwał na kilka metrów. Tak było w okolicach 20 km, ale szybko wrócił do grupy. Przypomniał o sobie znów po dziesięciu kilometrach, jakby zbierając punkty na lotnych premiach.

Wśród pań, w okolicach 25 km od reszty zawodniczek oderwała się Etiopka Mamitu Deska. Zawodniczka kilka minut wcześniej minęła półmetek z wynikiem 1:19:41. Wtedy blisko niej biegło jeszcze osiem zawodniczek. Po czterech kilometrach Deska miała już 27 sekund przewagi nad rywalkami. Wydało się, że wszystko ma pod kontrolą.

Za wygraną nie dały jednak biegnąca w białej kurtce Kenijka Gladys Chesir oraz Amerykanka Desiree Linden.

Na półmetku w biegu mężczyzn wciąż podążała zwarta grupa. Otwierał ją mistrz świata i obrońca tytułu Kenijczyk Goeffrey Kirui z czasem 1:05:59. Identyczny wynik miał Gallen Rupp, nadzieja gospodarzy i zwycięzca Maratonu Chicagowskiego z ubiegłego roku. Kenijczyk wyszedł na prowadzenie po 25 km i powiększał przewagę. Chociaż w stawce było wielu znanych zawodników, to na drugim miejscu podążał wspominany niezwykle aktywny zawodnik z Kraju Kwitnącej Wiśni. Faworyt gospodarzy Gallen Rupp zszedł z trasy po 30 km.

W tym samym czasie do mety zmierzała Desiree Linden, która na 35. kilometrze spokojnie, bez większych emocji i zbędnych ruchów, majestatyczne połknęła afrykańskie rywalki. Amerykanka zostawiła za sobą Gladys Chesir i Mamitu Deskę i nie oddała już prowadzenia.

 Uczestniczka Igrzysk Olimpijskich w Londynie i Rio de Janeiro, czwarta zawodniczka Bostonu A.D. 2017, finiszowała z wynikiem 2:39:54.

Ostatni raz zawodniczka z USA zwyciężyła w Bostonie w 1985 roku. Linden miała wówczas 2 lata i pewnie nie myślała, że kiedyś wygra ten bieg. Sam rezultat jest najsłabszym wynikiem zwyciężczyni w Bostonie od 1978 roku. Panujące warunki miały kluczowe znaczenie, bardziej niż czas liczyło się miejsce. 

Gdy wydawało się, że Kirui obroni tytuł, sprawy przybrały nieoczekiwanego obrotu. W okolicach 40 km Kenijczyk wyraźnie opadł z sił. Biegnąc spokojnie wziął wodę, obejrzał się za siebie, a tam już zmierzał rozpędzony niczym Kamikaze – Yuki Kawauchi

Japończyk bez większego oporu minął rywala. Wygrał z czasem 2:15:58.

Ostatni raz zawodnik z Kraju Kwitnącej Wiśni wygrał w 1987 roku. Słabszy rezultat dał ostatnio wygraną w Bostonie w 1976 roku (2:20:19). Tylko... kogo to dziś obchodzi! 

Statystycznie, Yuki Kawauchi nie miał żadnych szans na zwycięstwo. Aż pięć (!) ucieczek, które dziś zainicjował, nie mogło przynieść nic dobrego, także w kontekście rekordu, który śrubuje: liczby maratonów przebiegniętych poniżej granicy 2:20 (po poniedziałkowym biegu ma ich już 79!). A jednak! Raz jeszcze potwierdziło się, że bieganie to sport nieprzewidywalny, a jednocześnie bardzo wymierny. Bez ciężkiej pracy, hartowania organizmu na co dzień - dzisiejsze warunki w Bostonie to dla Kawauchiego nie pierwszyzna, dla rywali często nowość - nie ma mowy o sukcesach. 


Wyniki mężczyzn:

1. Yuki Kawauchi (JPN) - 2:15:58
2. Goeffrey Kirui (KEN) - 2:18:23
3. Shadrack Biwott (USA) - 2:18:35
4. Tyler Pennel (USA) - 2:18:57
5. Andrew Bumbalough (USA) - 2:19:52

Wyniki kobiet:

1. Desiree Linden (USA) - 2:39:54
2. Sarah Sellers (USA) - 2:44:04
3. Krista Duchene (CAN) - 2:44:20
4. Rachel Hyland (USA) - 2:44:29
5. Chichester, Jessica (USA) - 2:45:23


Impreza rozegrana została w piątą rocznicę tragicznego zamachu przeprowadzonego na uczestników Maratonu Bostońskiego i kibiców. Zginęły wówczas trzy osoby, a dwieście sześćdziesiąt cztery zostały ranne. Dla fundacji założonej przez rodziców 8-letniego Martina Richarda, jednej z ofiar zamachu z 15 kwietnia 2013 r., pobiegł dziś m.in. słynny Meb Keflezighi, jeden z najbardziej utytułowanych maratończyków w USA i na świecie, zwycięzca Bostonu z 2014 r. 

W tym roku nawiązań historycznych było jednak więcej. Sto lat temu z powodu I wojny światowej zawieszono jedną edycją maratonu. Odbyła się wtedy sztafeta dla drużyn wojskowych. Teraz na trasę ponownie ruszyły wojskowe sztafety.

Drugiego takiego biegu nie ma na świecie. A tegoroczną edycję zapamiętamy na dłuuuugo. 

​RZ / red. na podst. transmisji online OlympicChannel.tv


Polecamy również:


Podziel się: